Wielcy Mistrzowie byli tacy wielcy, że do dziś tłumaczymy ich dzieła słowem: „jakoś”

witryna należy do Igora Mościckiego

Wielcy Mistrzowie byli tacy wielcy, że do dziś tłumaczymy ich dzieła słowem: „jakoś”

Największy przekręt w dziejach sztuki? „Wielcy mistrzowie” i bajki dla grzecznych uczniów.
Od dziecka jesteśmy karmieni tym samym zestawem świętych formułek.
„Wielcy mistrzowie”. „Geniusz”. „Natchnienie”. „Epoka”. „Warsztat”.

I cyk — temat zamknięty.
Jak ktoś pyta „jak?”, to dostaje odpowiedź w stylu: „bo był wielki”.

A ja mam alergię na zdania, które kończą dyskusję zamiast ją zaczynać.

Kanon, czyli religia bez dogmatów? Nie, jednak z dogmatami.
Sztuka ma swoich świętych.
Leonardo, Michał Anioł, Rafael, Botticelli.

A do tego kapłanów od komentarzy: „tak było, bo tak napisano”.

Tyle że wielowiekowe powtarzanie czegoś w podręcznikach nie robi z tego automatycznie prawdy objawionej.
Robi z tego… tradycję powtarzania.

Leonardo da Vinci: kim był? A może… „co” to było?
Najpierw pytanie niewygodne.
Czy Leonardo to na pewno jedna osoba w wersji „solo geniusz”, czy raczej zjawisko?
Kompilacja notatek, szkiców, przypisań, warsztatów, dopisków i legendy, którą potem wypolerowano na połysk.

Bo serio — anatomia, optyka, inżynieria, hydrotechnika, projekty maszyn, a do tego obrazy, które wyglądają jak wynik tajnego tutoriala z innej epoki.

I teraz najlepsze: wszystko to w czasach, które w popkulturowej wersji wyglądają tak, jakby ludzie dopiero odkrywali, że ogień parzy.

Skąd ta wszechstronność?
Skąd te pomysły?
Skąd pewność, że to „generator”, a nie ktoś, kto miał dostęp do starszej wiedzy, świetnego zaplecza, machin, narzędzi, procedur i ludzi, którzy robili robotę?

Pytam tylko.

Michał Anioł: rzeźbiarz, który „nie chciał malować”, a potem zrobił to lepiej niż wszyscy
Michał Anioł był rzeźbiarzem.
I nie ukrywał, że rzeźbę ceni wyżej niż malarstwo.

A potem dostał zlecenie na Kaplicę Sykstyńską.
Narzekał, kręcił, miał dość.
W listach i relacjach z epoki przewija się ta jego klasyczna aura: „znowu ja muszę”.

I mimo tego powstaje rzecz tak monstrualnie dobra, że do dziś ludzie stoją z zadartą głową jak w świątyni.

To teraz pytanie: może malarstwo tamtych czasów nie wyglądało tak, jak nam się to sprzedaje?
Czyli: artysta, świeczka, natchnienie, pędzle, rozpuszczalniki i miesiące romantycznego mazania.

Może to było bardziej „inżynieryjne”.
Procedury. Patenty. Zaplecze. Przenoszenie rysunku. Siatki. Kalki. Szablony. Optyka. Warsztat jak laboratorium.

Nie „magia”, tylko technologia — tylko że ubrana w mit.

I jasne: Leonardo i Michał Anioł to nie to samo.
U Leonarda zachwyca sfumato i miękkość.
U Michała Anioła — monumentalność formy i rzeźbiarski rysunek.

Ale efekt jest wspólny: poziom, przy którym współczesny „artysta” z iPadem może co najwyżej zrobić tutorial na TikToku.

Dorzuciłbym do tej półki też Rafaela i Botticellego.
Inni stylistycznie.
Ta sama bezczelna jakość.

Renesans: geniusz czy technologia, o której nie mówi się głośno?
No dobra: to jak oni to robili?

Bo im dalej wchodzisz w temat, tym bardziej podejrzanie wygląda ta bajka:
„uczniowie ucierali pigment ręcznie i jakoś wyszło”.

Problem 1: pigment — niby ręcznie, a wygląda jak z fabryki
Są badania laboratoryjne: mikroprzekroje, analizy warstw, rozkład pigmentów.
I bywa, że wychodzi kosmiczna jednorodność warstw oraz ich mikroskopijna subtelność.

Nazywa się to sfumato.
Spoko.
Tylko że sfumato nie jest zaklęciem z Harry’ego Pottera.
To konsekwencja technologii.

A teraz proponuję eksperyment dla odważnych.
Weź minerał (ochra, cynober, cokolwiek), spróbuj zrobić pigment w domu.
Możesz mielić, ucierać, blendować, modlić się.

I nie — nie uzyskasz w magiczny sposób takiej stabilnej, równej frakcji i takiego efektu krycia/laserunku jak w najlepszych realizacjach.

Czy to dowód? Nie.
To czerwone światło: „hej, tu jest więcej roboty, niż wam mówią”.

Problem 2: kurz, włos, syf — czyli rzeczy, które kochają mokrą farbę
Każdy, kto kiedykolwiek malował, wie jedno:
farba schnie = kurz przychodzi na imprezę.

Współcześnie masz odkurzacze, filtry, zamknięte pracownie.
A i tak coś siądzie.

A potem patrzysz na niektóre powierzchnie i masz wrażenie, że to powstawało w warunkach kontroli lepszej niż w przeciętnej współczesnej pracowni.

Tylko uwaga: tu trzeba inteligencji, nie sensacji.
Bo w grę wchodzą werniksy, czyszczenia, konserwacje, retusze.
Dlatego to nie jest argument „gotcha”, tylko pytanie do danych: co naprawdę pokazują przekroje warstw?

Hipoteza: może nie „malarstwo”, tylko proces bardziej mechaniczny, bardziej kontrolowany
Najbardziej radykalna wersja tej myśli jest taka:
„To wygląda jakby było transferowane / nakładane mechanicznie, jak nadruk — tylko jakąś techniką, o której nie gadamy.”

Ja powiem ostrożniej, ale nadal bez lukru:
może część renesansowych efektów to nie czar geniuszu, tylko zestaw metod technologicznych, których nie umiemy opowiedzieć w prostych szkolnych zdaniach.

Łatwiej powiedzieć „bo był geniuszem”, niż wejść w nudną prawdę:
materiał, procedura, warstwy, przygotowanie, chemia, kontrola.

Wnioski: problemem nie są mistrzowie. Problemem jest opowieść o nich.
Nie przeczę, że byli genialni.
Przeczę, że wyjaśnienie „geniusz” cokolwiek wyjaśnia.

Jeśli naprawdę kochamy sztukę, to przestańmy ją traktować jak religię.
Zacznijmy traktować ją jak coś, co da się badać.

Bo może renesansowe „malarstwo” było jednocześnie sztuką i technologią.
A my pamiętamy głównie mit — bo mit jest wygodny, krótki i ładnie brzmi w podręczniku.